Czas poroz­ma­wiać o Huxit

Bildquelle: Pixabay

Autor: Tamás Fricz
 

Wiem, że to tabu, ale ktoś musi zapisać to słowo, i to po raz pierwszy nieko­nie­cznie jako odstras­zacz: huxit – dobro­wolne, suwe­renne wyjście Węgier z UE (jak Brexit). Czy huxit jest naprawdę potrzebny, zwłaszcza po bezpre­ce­den­sowej i bezpre­ce­den­sowo skoor­dynowanej serii ataków UE i Zachodu na węgierską ustawę o ochronie dzieci?

Nie o tym mówię. Twierdzę, że w lipcu 2021 roku nadszedł czas, aby poważnie rozważyć możli­wość wyjścia z sojuszu państw, który krwawi z tysiąca ran, wyka­zuje oznaki impe­ria­lizmu i trak­tuje państwa człon­kow­skie z Europy Wschod­niej i Środ­kowej ze spek­ta­ku­larną protek­c­jo­nal­nością i arogancją. Dotar­liśmy bowiem do linii podziału: globa­lis­ty­czna elita finan­sowa i kontro­lo­wane przez nią insty­tucje UE – Komisja, Parla­ment, Trybunał Spra­wi­ed­li­wości oraz, w pewnym stopniu, Rada Euro­pe­jska – są zdecy­do­wane dać nam nauczkę. I nie tylko to: żeby nas ukarać. Ale co więcej: uczynić nas niemoż­li­wymi, jeśli nie podej­miemy zale­canych przez nich kroków. A ostatecznym instru­mentem jest oczy­wiście zbier­anie pieniędzy. To właśnie powied­ziała jedna z wice­prze­wod­nic­zą­cych Komisji, Kata­rina Barley (oczy­wiście obok Geor­ge’a Sorosa i jego zwol­en­ników), a miano­wicie, że kraje rozła­mowe, takie jak Węgry i Polska, powinny zostać zagłod­zone poprzez wyco­fanie wsparcia finansowego.

I rzec­zy­wiście, połowa z tego nie jest żartem.

Jakie są argu­menty za i przeciw pozo­staniu w kraju? Myślę, że warto przy­jrzeć się temu z punktu widzenia poli­ty­cz­nego, gospod­ar­c­zego, kultur­o­wego i mili­tar­nego. Z poli­ty­cz­nego punktu widzenia argu­mentem za pozo­sta­niem w UE jest to, że człon­kostwo w UE może dać każdemu węgier­skiemu obywa­te­lowi dobre poczucie bycia częścią rozwi­nię­tego, demo­kra­ty­cz­nego Zachodu opar­tego na sojuszu wolnych narodów, czego zawsze pragnę­liśmy i co wres­zcie osią­g­nę­liśmy po czterd­zi­estu latach komu­nizmu. A bycie częścią jednej z najbard­ziej zaawan­so­wanych społecz­ności na świecie jest szcze­gólnym doświad­cze­niem, z którego można zrezy­gnować po pięt­nastu latach tylko z bardzo mocnych i prze­konu­ją­cych powodów.

Pytanie brzmi: czy w tej chwili istnieje tak silny i prze­konu­jący powód?

Moja odpo­wiedź: tak. Chodzi o to, że prio­ry­tety w pożą­danym sojuszu państw rady­kalnie się zmie­niły, a globa­lis­ty­czno-libe­ralne elity chcą przeksz­tałcić Unię w coś zupełnie innego niż dotych­czas. I dokładnie to się teraz dzieje: weszliśmy do wspól­noty wolnych, suwe­ren­nych państw – przy­najm­niej tak sobie wyobrażamy – ale na naszych oczach trwa budowa impe­ri­alnej Europy, super­fe­der­al­nych Stanów Zjed­no­c­z­onych Europy podpor­ząd­ko­wanych państwom narodowym. Naszym najważ­nie­jszym celem i największym pragnieniem było stać się suwe­rennym i niepod­le­głym narodem po zakończeniu rządów Związku Radzieckiego. Obecnie jest to zasad­niczo kwes­ti­o­no­wane. Jeżeli będą chcieli ponownie mówić nam, co i jak mamy robić, nasze człon­kostwo w UE będzie pozba­wione znaczenia.

Co więcej, właśnie rozpo­czął się roczny cykl konfe­rencji i debat na temat przy­szłości Unii i od samego początku jest jasne, że kręgi głów­nego nurtu stawiają osią­g­nięcie tego celu w centrum debaty, nie wspo­mi­nając o szoku­ją­cych gwaran­c­jach, że insty­tucje UE, które prowadzą debatę, mogą ją mode­rować i po prostu igno­rować opinie, które uznają za niepo­prawne poli­ty­cznie. Niepo­ko­jącym i wyraźnym sygnałem jest to, że jednym z liderów organu prowad­zącego debatę jest Guy Verhof­stadt, prze­ko­nany ślepy globa­lista, który nien­a­widzi rządu Orbána, nie wspo­mi­nając już o tym, że w związku z debatą powstała tak zwana Grupa Spinelli (nazwana tak na cześć włos­kiego komu­nis­ty­cz­nego poli­tyka z Wołoszc­zyzny, który nosił czarny pas), której celem jest stwor­zenie Stanów Zjed­no­c­z­onych Europy.

Oczy­wiście powin­niśmy ze wszyst­kich sił uczest­niczyć w tej debacie, ale jeżeli jej wynik jest dla nas nie do przy­jęcia, to w inte­resie Węgier nie może leżeć ponowne poddanie się impe­ri­alnym i globa­lis­ty­cznym ambicjom. Z ekono­mic­z­nego punktu widzenia argu­mentem prze­ma­wia­jącym za pozo­sta­niem jest to, że mamy dostęp do konkret­nych funduszy ze składek państw człon­kow­skich, które obecnie wynoszą 2 500 mili­ardów euro na odbu­dowę. (To właśnie chcą nam odebrać – na razie tylko to.) Jednakże eksperci pisali i mówili sto razy, od Imre Borosa do Káro­ly­’ego Lóránta i od Csaby Lent­nera do Magda­leny Csath, że wraz z przys­tą­pie­niem do UE Węgry porzu­ciły merkan­ty­lis­ty­czną poli­tykę gospod­arczą, ochronę celną i ochronę węgier­s­kich przedsię­bi­o­rstw; otwor­zy­liśmy rynek i dlatego jedno po drugim zachodnie przedsię­bi­o­rstwa, znacznie silnie­jsze od naszych, wygry­wały prze­targi UE i przy­wo­ziły więks­zość zysków do swojego kraju. Nie zapo­mi­najmy również, że po wojnie kraje Europy Zachod­niej otrzy­mały ogromną pomoc z amery­kańs­kiego planu Marshalla, aby ożywić swoje gospo­darki. W latach 70. i 80. kraje, które przys­tą­piły do Unii – Grecja, Hiszpania, Portu­galia, Irlandia, Dania – były nadal w dobrze prospe­rującej unii, ale kiedy my przys­tą­pi­liśmy do niej w 2004 roku wraz z dzie­więcioma innymi krajami, Europa nie była już w tak dobrej kondycji gospod­ar­czej, a pomoc nie była w stanie dorównać tej z poprzed­nich dziesięcioleci.

Jednym z najciężs­zych argu­mentów – poza wymi­e­n­ionymi powyżej – jest chyba ten, że zachodnie firmy odwróciłyby się od nas, gdybyśmy wyszli z UE, a nasze relacje hand­lowe i gospod­arcze z Unią i krajami człon­kow­s­kimi, zwłaszcza z niemieckim gigantem, uległyby erozji. I nadszedł moment, w którym wielka trójka, Audi, BMW i Mercedes, zamknie tu swoje fabryki. Brzmi to strasznie, ale czy to prawda? Czy rzec­zy­wiście nasza sytu­acja ekono­miczna stałaby się niemoż­liwa i musie­li­byśmy się sami utrzymywać, co jest niemożliwe?

Nie wydaje mi się. Z jednej strony, niemieckie – i bryty­jskie, holen­der­skie, fran­cuskie itd. – przedsię­bi­o­rstwa (nie wspo­mi­nając o tych za granicą) są nasta­wione na zysk i jeśli będą ciąć koszty na Węgrzech, nie będą działać wbrew własnym inte­resom. Czy nie jest to dokładnie to, co robi teraz Europa Zachodnia, utrzy­mując stosunki hand­lowe ze znien­a­wid­zonymi Chińc­zy­kami i Rosja­nami (patrz na przy­kład Nord Stream 2)? Być może dla porównania Węgry są dla nich wypró­bo­wanym i zauf­anym miejscem, człon­kostwo w UE czy nie; zachodnie firmy wiedzą dokładnie, czego mogą się spod­ziewać, kiedy przy­jeż­dżają do nas lub zostają tutaj, a nasza prze­widy­wal­ność jest wielką zaletą i korzyścią.

Z drugiej strony, oczy­wiście, kraj musi stanąć na mocnie­js­zych nogach; zdajemy sobie z tego sprawę od kilku lat i podej­mu­jemy odpo­wiednie działania. Możemy to krótko zilus­trować koncepcją – i prak­tyką – otwarcia się na Wschód, jak często powtarzał Péter Szij­jártó, minister spraw zagra­nicz­nych Unharz. Po trzecie, jest dla mnie oczy­wiste, że my, podobnie jak Norwegia i Szwa­j­caria, a teraz Wielka Brytania, powin­niśmy rozpo­cząć negoc­jacje z UE i poszc­ze­gól­nymi państ­wami człon­kow­s­kimi równ­o­legle z wycof­y­wa­niem się. Innymi słowy, powin­niśmy zawrzeć odrębny traktat na wzór tych krajów, dla których jesteśmy obecnie wyst­ar­c­za­jąco silni gospod­arczo i nie jesteśmy już bezbronnym krajem, który nie potrafi stanąć na włas­nych nogach. Jesteśmy już ponad to. Co jest złego w tym, że Norwegia nie jest człon­kiem UE? Nic. Innymi słowy, hipo­te­ty­czne wyjście nie powinno oznaczać sprze­ciwu, ale renegoc­jację nowych relacji z Unią, która jest teraz suwe­renna. Nie jest to oczy­wiście zadanie łatwe, ale nie jest też nie do pokonania.

Z wojs­ko­wego punktu widzenia nasze wyco­fanie się jest bez znaczenia, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jesteśmy człon­kiem NATO od 1999 roku i nadal nim pozo­sta­niemy. Nie musimy tworzyć ośrodków wojs­ko­wych w miastach i wsiach, jak w Szwa­j­carii, ale oczy­wiście musimy nadal rozbu­do­wywać nasze siły zbrojne – i to robimy.

Wres­zcie, a może przede wszystkim, z kultur­o­wego, wartościo­wego i ideo­lo­gicz­nego punktu widzenia, argu­mentem za pozo­sta­niem w UE byłoby to, że rzekomo trzyma nas razem grecka i rzymska wiedza oraz chrześci­jańska moral­ność. Ale czy to nadal prawda? Odpo­wiedź brzmi: nie, nies­tety już nie. Podczas gdy Zachód obecnie świa­domie – podkreślam świa­domie – zrywa z chrześci­jańską moral­nością i wartościami, a zamiast tego dąży do zbudo­wania kosmo­po­li­ty­cz­nego, pozba­wio­nego twarzy global­nego społec­zeństwa opar­tego na niepo­ha­mo­wanej samo­wy­zysku i samoz­niszczeniu jednostki (patrz Wielki Reset), my, Węgrzy, Polacy i mieszkańcy Europy Środ­kowo-Wschod­niej trzy­mamy się naszych tysiącletnich funda­mentów kultur­o­wych i reli­gi­jnych. Do naszego stylu życia. I to ma pierws­zeństwo przed wszystkimi innymi względami.

Na tym zakończę, nie będę wyciągał żadnych innych wnio­sków. Chciałabym tylko zauważyć, że Fidesz Viktora Orbána – słusznie – opuścił Euro­pe­jską Partię Ludową dopiero po bardzo powolnym i długim okresie refleksji i ocze­ki­wania. Ale: W końcu udało nam się wyjść bez utraty twarzy i to nie my zosta­liśmy wyrzu­ceni! To jest duża różnica. To jest właściwy model. Bo jeśli teraz się poddamy, to prze­gramy. Wszystko, o co walc­zy­liśmy, zostałoby wtedy utracone.

Autor jest poli­to­lo­giem i doradcą naukowym w Węgier­skim Centrum Praw Podstawowych.

 

Źródło: Magyar Nemzet


Kommentieren Sie den Artikel

Bitte geben Sie Ihren Kommentar ein!
Bitte geben Sie hier Ihren Namen ein