Czy można chronić chrześci­jańskie dzied­zictwo Europy?

Ojcowie założyciele Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej - Źródło: Maison de Robert Schuman, Scy-Chazelles

Autor: János Latorcai

Siedemd­zie­siąt lat temu, 18 kwietnia 1951 r., podpisano traktat paryski ustana­wia­jący Euro­pe­jską Wspól­notę Węgla i Stali, bezpoś­red­niego prekur­sora Euro­pe­js­kiej Wspól­noty Gospod­ar­czej, która została usta­no­wiona zaledwie kilka lat później na mocy trak­tatów rzyms­kich i którą można uznać za prekur­sora Unii Euro­pe­js­kiej, jaką znamy dzisiaj.

Ci, którzy niegdyś kierowali zjed­no­cze­niem konty­nentu euro­pe­js­kiego, byli ludźmi uksz­tał­to­wanymi przez głęboką wiarę chrześci­jańską: Konrad Adenauer, Alcide de Gasperi i Robert Schuman. Jest to o tyle prawd­ziwe, że ci dwaj ostatni rozpo­c­zęli już proces beaty­fi­ka­cyjny w Kościele katoli­ckim. To, że trzej mężowie stanu spot­kali się w 1951 r. w bene­dy­k­tyńskim klasz­torze nad brze­giem Renu, aby zasta­nowić się i pomodlić przed rozpo­c­zęciem negoc­jacji, jest w tym konte­kście tyleż zrozu­miałe, co symbo­li­czne. Wszyscy oni zdawali sobie sprawę, że po II wojnie świa­towej, w cieniu komu­nis­ty­cznej dykta­tury Związku Radzieckiego, jednego ze zwycięs­kich mocarstw, odbu­dowa Europy może się powieść tylko wtedy, gdy będzie oparta na solid­nych podsta­wach, możli­wych do zaak­cep­towania przez wszystkich.

Głęboko wier­zyli, że idea starożytnej greckiej demo­kracji może się ostatecznie spełnić w nowo­c­zesnej chrześci­jańs­kiej demo­kracji opartej na równości wobec Boga – bez względu na płeć, rasę i klasę – oraz na osobistym uczest­nictwie i odpo­wied­zi­al­ności wszyst­kich członków społec­zeństwa. Z greckiej filozofii dowied­zieli się również, że najs­ku­tecz­nie­jszym spos­obem rozwią­zy­wania konfliktów poli­ty­cz­nych jest debata oparta na logicznej argu­men­tacji, dążenie do zrozu­mi­enia drugiej strony, a następnie kompromis przy zachowaniu włas­nych zasad.

Wied­zieli również, jako spad­ko­biercy starożyt­nego Rzymu, że kompro­misy są trwałe tylko wtedy, gdy są zawarte w umowie i wszyscy prze­strz­egają zasady pacta sunt servanda, czyli zasady, że umowa jest wiążąca. Było to również pier­wotne doświad­czenie histo­ryczne dla Ojców Założy­cieli, ponieważ, jak to ujmuje cytat z de Gasperi: „W latach 1919–1939 zawarto siedemd­zie­siąt lub czterd­zieści trak­tatów międ­zy­na­r­odo­wych, ale wszystkie one stały się jedynie skraw­kami papieru, kiedy miały być stoso­wane i przestrzegane.

Dobrze wied­zieli, że trak­taty najl­epiej egze­kwować nie poprzez przymus i siłę, ale poprzez moralne utoż­sa­mianie się stron z celami i zobo­wią­za­niami w nich zawar­tymi. Tą wspólną płaszc­zyzną moralną była dla Ojców Założy­cieli wyraźnie etyka chrześcijańska.

Warto więc zapytać: gdzie jest dzisiaj Europa, siedem dekad po trakt­acie paryskim, i co się stało z marze­niem ojców założycieli?

Z blis­kiej współ­pracy, która obej­mo­wała tylko kilka sektorów gospo­darki, Unia Euro­pe­jska przeksz­tałciła się w szeroko zakro­joną wspól­notę, która obej­muje prawie cały konty­nent. Osią­g­nęła jeden ze swoich najważ­nie­js­zych celów, jeśli nie najważ­nie­jszy: utrzy­manie pokoju. Wierzę, że pokój dzisiaj to nie brak wojny, ale coś więcej, i że oferuje on spra­wi­ed­liwszy, choć w żadnym razie nie dosko­nały, porządek niż Europa gwał­townych konfliktów minionych stuleci. Przez dzie­sięciolecia, aż do powstania rady­kal­nego islamu, pokój ten zapew­niał nam wszystkim bezpie­c­zeństwo w życiu codzi­ennym i spra­wiał, że nasz konty­nent był najbard­ziej przy­jaznym do życia domem na świecie. Miejsce, w którym poszano­wanie godności ludzkiej idzie w parze z troską o środo­wisko natu­ralne, a decyzje podej­mo­wane są z myślą o przy­szłości przy­szłych pokoleń. Jedno­lity rynek i system wsparcia UE dawały też nadzieję, że różnice między obsza­rami, regio­nami i krajami na różnych pozio­mach rozwoju gospod­ar­c­zego będą się z czasem zmniejszać.

W końcu ambitne cele wyma­gały coraz szer­szej bazy insty­tuc­jo­nalnej, a rosnąca infra­struk­tura dopro­wad­ziła wielu do błęd­nego wniosku, że wszystkie istnie­jące trud­ności można prze­zwy­ciężyć poprzez scen­tra­li­zowaną koor­dy­nację między państ­wami człon­kow­s­kimi. Wielu ludzi wier­zyło, i nadal szcz­erze wierzy, że bard­ziej zjed­no­c­zona i scen­tra­li­zowana Europa może rozwiązać wszystkie problemy.

Jednak poli­tyka pogłę­biania inte­gracji otrzy­mała poważny cios w postaci kryzysu finan­so­wego i gospod­ar­c­zego z 2008 r. i zarząd­zania nim, po którym nastąpił kryzys migra­cyjny z 2015 r., a jego kulmi­nacją było refe­rendum w sprawie Brexitu z 2016 r. W ten sposób w 2020 r. znaleź­liśmy się w Europie targanej Brex­item i kryzysem migra­cy­jnym, bory­ka­jącej się z nega­tywnymi skut­kami globalnej epidemii koro­na­wirusa. A anomalie zwią­zane z zamó­wie­niami i produkcją szcze­pionek prze­ciwko chorobom – wyst­arczy wspom­nieć potknięcia Bruk­seli w sprawie ogra­niczeń ekspor­to­wych dla szcze­pionek Astra­Ze­neca lub uciąż­liwy proces licen­c­jo­no­wania – jeszcze bard­ziej zwięks­zyły eurosceptycyzm.

Według sondażu przepro­wad­zo­nego w paźd­zier­niku 2020 roku na zlecenie Euro­news, eurosce­pty­cyzm wynosi obecnie około 30%, podczas gdy tylko jeden na dwóch Niemców i jeden na trzech Włochów i Fran­cuzów uważa, że inte­gracja przy­niesie więcej dobrego niż złego. Mimo to, 58% Niemców wierzy w jedność euro­pe­jską i uważa, że Wielka Brytania podjęła złą decyzję opuszc­zając UE, podczas gdy więks­zość Włochów i Fran­cuzów uważa, że wyborcy na wyspie podjęli właściwą decyzję i że Brexit przy­niesie długo­ter­mi­nowe korzyści.

Wszystko to prowadzi do pytania, dlac­zego postrz­eganie tego, co pod wieloma wzglę­dami było bardzo udaną współ­pracą, jest tak niekor­zystne w państ­wach rdze­nio­wych. Na ostatnie wyniki wyraźnie wpłynęło ogólne napięcie w następstwie wybuchu epidemii koro­na­wirusa, ale nie zmie­niło to tendencji, a jedynie je wzmocniło.

Niek­tórzy twierdzą, że problem dotyczy przede wszystkim legi­ty­macji insty­tuc­jo­nalnej i że wzrost eurosce­pty­cyzmu wynika w dużej mierze z braku zrozu­mi­enia przez ludzi sposobu funk­c­jo­no­wania bruk­sels­kiej biuro­kracji oraz niskiej legi­ty­mi­zacji przy­wódców UE w państ­wach człon­kow­skich, pomimo bezpoś­red­nich wyborów do Parla­mentu Europejskiego.

Jestem prze­ko­nany, że problem sięga znacznie głębiej i nie jest przede wszystkim kwestią legi­ty­macji insty­tuc­jo­nalnej, ale kwestią duszy Europy. Dokład­niej rzecz ujmując, chodzi o sposób, w jaki osoby odpo­wied­zi­alne za inte­grację euro­pe­jską trak­to­wały w ciągu ostat­nich siedmiu dekad wyjąt­kowe dzied­zictwo inte­lek­tu­alne i kulturowe naszego kontynentu.

Od 1951 r. wspól­nota euro­pe­jska stale się rozs­zer­zała. Wraz z upad­kiem żelaznej kurtyny i kole­jnymi zmia­nami reżimów w Europie Środ­kowej i Wschod­niej sztuczny podział naszego konty­nentu został ostatecznie znie­siony. Wraz z przys­tą­pie­niem do UE w 2004 roku Węgry i więks­zość państw byłego bloku sowieckiego znal­azły wres­zcie swoje miejsce we wspól­nocie demo­kra­ty­cz­nych państw europejskich.

Jednak idea i prak­tyka euro­pe­js­kich demo­kracji, zwłaszcza demo­kracji libe­ralnej w Europie Zachod­niej, uległy w ostat­nich dzie­sięciole­ciach znacznym zmianom. Pows­zechna Dekla­racja Praw Czło­wieka, przy­jęta w 1948 roku, stano­wiła właściwy punkt wyjścia dla rosnącego na naszym konty­nencie szacunku dla godności ludzkiej, zakor­ze­n­io­nego w huma­nizmie chrześci­jańskim. Dziś jednak ta zasad­niczo dobra prak­tyka staje się powoli celem samym w sobie, ponieważ wartości stają się coraz bard­ziej względne. Znaj­duje to również odzwier­cied­lenie w „elas­ty­cznej“ inter­pret­acji doku­mentów międ­zy­na­r­odo­wych o najwyższym poziomie i pres­tiżu. Przy­kładem może być art. 23 Międ­zy­na­r­odo­wego Paktu Praw Obywa­tel­skich i Poli­ty­cz­nych, doku­mentu ONZ przy­ję­tego w 1966 r., który stwierdza, że rodzina jest natu­ralną i podsta­wową komórką społec­zeństwa i ma prawo do ochrony ze strony społec­zeństwa i państwa. Idea ta jest nadal mniej lub bard­ziej akcep­tow­alna dla postę­powców, ale są oni bard­ziej skłonni zakwa­li­fi­kować następną klau­zulę, która stwierdza, że prawo do małżeństwa i założenia rodziny powinno być uznane dla mężc­zyzn i kobiet w wieku umoż­li­wia­jącym zawarcie małżeństwa, ze względu na godność ludzką.

Z insty­tuc­jo­nal­nego punktu widzenia euro­pe­jskie demo­kracje coraz bard­ziej się umac­niają, a proce­sowi temu towar­zy­szyło nies­tety odejście od demos, czyli ludu, co dopro­wad­ziło do swego rodzaju elitar­nego upoli­ty­cz­ni­enia. Problem ten można zaob­ser­wować w więks­zości państw narodo­wych, ale najbard­ziej widoczny jest on w przy­wództwie Unii Euro­pe­js­kiej. Dosko­nałym tego przy­kładem jest frekwencja w wybo­rach do Parla­mentu Euro­pe­js­kiego. Od czasu pierws­zych wyborów do PE w 1979 r. frekwencja spadała z roku na rok z 63% do histo­rycznie niskiego poziomu 42,54% w 2014 r., po czym ponownie wzrosła do ponad 50% w 2019 r., co w niemałym stopniu wynika ze zwięks­zonej koncen­tracji poli­ty­cznej na kryzysie migra­cy­jnym, który dotyka wszyst­kich obyw­ateli UE. Nie wiadomo jeszcze, czy mamy do czyni­enia z odwróce­niem trendu, czy też jest to po prostu wynik wyjąt­kowej sytu­acji, która spowo­do­wała wzrost frekwencji, ale jasne jest, że frekwencja pozostaje niezwykle niska w porównaniu z wybo­rami krajo­wymi w tym samym okresie.

Jedną z przy­czyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że ze względu na struk­turę UE, w tym specy­ficzne zasady wyboru Komisji Euro­pe­js­kiej, kore­lacja między głosami oddanymi w wybo­rach a reali­zowanymi progra­mami jest znacznie słabsza na poziomie euro­pe­jskim niż w państ­wach człon­kow­skich. Należy również zauważyć, że kontrola i suwe­renne upra­w­ni­enia legis­la­cyjne Parla­mentu Euro­pe­js­kiego są znacznie słabsze niż parla­mentów narodo­wych. Ten ostatni problem dosko­nale ilus­truje euro­pe­jska inic­ja­tywa obywa­telska Mino­rity Safe­Pack doty­c­ząca rdzen­nych mnie­js­zości w Europie, która po zebraniu niez­będ­nego poparcia obyw­ateli została prze­dłożona Parla­men­towi Euro­pe­js­kiemu, który ogromną więks­zością 524 głosów za, 67 przeciw i 103 wstrzy­mu­ją­cych się przyjął rezo­lucję wzywa­jącą Komisję do opra­co­wania ram ochrony praw osób należą­cych do mnie­js­zości w UE. Z drugiej strony, komisarz odpo­wied­zi­alny za tę kwestię powied­ział, że nie ma potrzeby dals­zego prawo­dawstwa w tej dzied­zinie i kwestia ta została zasad­niczo usun­ięta z porządku obrad. Prak­tyka ta bardzo przy­po­mina jeden z ideałów pano­wania (węgier­skiego) króla Józefa II, którego motto brzmiało: „Wszystko dla ludu, nic przez lud“.

Nies­tety, przy­padek ten nie jest odosob­niony. W ostat­niej dekadzie coraz częściej zdar­zało się, że powołując się na szla­chetne zasady demo­kracji, nie konsul­towano się z Euro­pe­jc­zy­kami w kluc­zowych spra­wach, takich jak kryzys migra­cyjny, lub podej­mo­wano decyzje sprze­czne z nimi, jak poka­zuje pakiet bezpie­c­zeństwa mniejszości.

Pomimo poważnych problemów i wewnę­trz­nych napięć, bene­fic­jenci systemu robią wszystko, co w ich mocy, aby go zachować. Jeśli to konie­czne, są gotowi złamać nawet podsta­wowe prawa greckiej filozofii i logiki, które od wieków rządzą dyskursem indy­wi­du­alnym i poli­ty­cznym, zwłaszcza jeśli oznacza to obejście trud­nego do zmiany porozumienia.

To właśnie ta prak­tyka, a nie poszano­wanie praw stron umowy, jest ostatnio coraz częst­szym zjawis­kiem. W wielu przy­pad­kach, właśnie poprzez obchodzenie i rein­ter­pret­ację głównych trak­tatów, przy­wódcy bruk­selscy starali się wywrzeć presję na państwa człon­kow­skie, które były przy­go­to­wane do obrony włas­nego stano­wiska w przy­padku sporu z opinią więks­zości. Tego rodzaju pode­jście nie tylko podważa wiążącą starożytną zasadę prawną trak­tatu, ale także wydo­bywa na powier­z­chnię jedno z najgor­szych dzied­zictw starożyt­nego Rzymu: imperializm.

Nie jest przy­pad­kiem, że Ojcowie Założy­ciele wielok­rotnie zwra­cali uwagę na to niebez­pie­c­zeństwo. Wspól­nota Euro­pe­jska nie była pomyślana jako władza centralna, nie była jakimś „świętym przy­mierzem“ i nie było jej celem zjed­no­czenie państw euro­pe­js­kich w ponad­na­r­odowe super­państwo. Rozu­mieli, że narody i państwa euro­pe­jskie są rzec­zy­wis­tością histo­ryczną, że ich różnice nie są wadą, ale zaletą dla nas wszyst­kich. Aby podać konkretny przy­kład: Celem Schu­mana nie było stwor­zenie super­państwa, ale wzmoc­nienie unii, spój­ności, koor­dy­nacji, czyli jedności, spój­ności i zgod­nego działania, jak wyjaś­niał w książce „Dla Europy“. Schuman dodał, że wszystko to będzie funk­c­jo­nować w rzec­zy­wis­tości tylko wtedy, gdy utrzy­mana zostanie zasada demo­kracji i równości w stosunkach między naro­dami, wywod­ząca się z doktryny chrześcijańskiej.

To przykre i niefor­tunne, że chrześci­jańskie funda­menty, które były być może najdroższe Ojcom Założy­cielom, są najm­niej cenione przez dzisie­js­zych zachod­nio­eur­o­pe­js­kich przy­wódców i bliskie im „elity“. W rzec­zy­wis­tości coraz częściej jesteśmy świad­kami świa­domej i syste­ma­ty­cznej próby elimi­nacji wartości chrześci­jańs­kich z życia codzi­en­nego, nie tylko w zakresie religii i życia reli­gi­j­nego, ale także w zakresie sposobu myślenia, a nawet kultury i jej symboli. Nastę­puje całko­wite zakwes­ti­o­no­wanie przes­złości histo­rycznej, w celu wykor­ze­ni­enia tradycji minionych wieków w imię tak zwanego postępu. Ale dokąd zmier­zamy i jakie wyjąt­kowe wartości powinny skłonić nas do odrzu­cenia naszego greckiego, rzyms­kiego, a przede wszystkim chrześci­jańs­kiego dziedzictwa?

Ideo­lo­giczny i poli­ty­czny rozwój świata zachod­niego uległ zasad­niczej zmianie po upadku Związku Radzieckiego. Wprawdzie korzenie tej zmiany sięgają 1968 roku, ale sojusz chadecji i libe­r­ałów ostatecznie zerwano w obliczu komu­nis­ty­cz­nego zagrożenia dopiero na początku lat dzie­więćd­zie­sią­tych, ale czas, który upłynął od tego czasu, pozostawił w chadecji głębokie blizny. Być może najlepszym tego przy­kładem jest historia belgi­js­kiej Partii Chrześci­jańsko-Demo­kra­ty­cznej, która rząd­ziła krajem przez wiele lat, dopóki porażka wyborcza w 1999 roku nie dopro­wad­ziła do grun­townej rewizji jej programu, w której porzu­ciła swoje zobo­wią­zanie do zaszc­ze­pienia społec­zeństwu idei i wartości chrześci­jańs­kich. Jest więc całkiem zrozu­miałe, dlac­zego dawna partia Centrum Chrześci­jańsko-Demo­kra­ty­czne, po formalnym wyrze­czeniu się wartości chrześci­jańs­kich, kilka lat później zmie­niła nazwę na Centrum Humanistyczno-Demokratyczne.

W wyniku podob­nego samo­z­a­tracenia się partii chrześci­jańsko-demo­kra­ty­cz­nych na Zachodzie i inte­lek­tu­al­nego mariażu libe­r­ałów z Nową Lewicą idee i wartości chrześci­jańsko-demo­kra­ty­czne zostały wkrótce odsun­ięte na dalszy plan, ale już niedługo libe­ra­lizm oparty na trady­cy­jnym, indy­wi­dua­lis­ty­cznym pode­jściu stracił ideo­lo­giczny uścisk. Pode­jście Nowej Lewicy, wciąż oparte na walce klas, nie postrz­egało już libe­ra­lizmu jako możli­wego punktu spot­kania wszyst­kich kultur, ale jako poli­ty­czny wyraz grupy kultur, i jako taki był on uważany za niekom­pa­ty­bilny z innymi kulturami. Stąd narod­ziły się kolek­ty­wis­ty­czne ruchy „wielo­kul­turowe“ i „anty­ra­sis­tow­skie“, które poprzez swoje gwał­towne demons­tracje i nieu­gięte okupacje naukowe i społeczne dążą do wykor­ze­ni­enia kultury euro­pe­js­kiej, jaką znamy, poprzez pisanie na nowo historii i przes­złości, a w razie potrzeby poprzez jej trwałe wymazanie.

Ale najbard­ziej przer­aża­jące jest to, że w cieniu orwel­low­skiej „reto­ryki“ XXI wieku, poli­ty­cznej popraw­ności (PC), wszystkie te procesy stają się na Zachodzie prawie nie do pomyś­lenia. PC to w efekcie moralny abso­lu­tyzm w imię wolności, który, narzu­cając samoo­gra­niczenie, podważa swobodę wypo­wiedzi, a tym samym możli­wość uczciwej i wyważonej dyskusji. Doszliśmy teraz do punktu, w którym każdy, kto mimo wszystko zbiera się na odwagę, by powied­zieć, mówiąc słowami Attili Józsefa, „nie tylko to, co jest prawdą, ale i prawdę“, ryzy­kuje również swoją pracę i środki do życia. Dosko­nałym przy­kładem tego wszyst­kiego jest przy­padek Zsolta Petry­’ego, który za szczerą opinię zapłacił pracą w Niemc­zech, gdzie wolność słowa jest tak wraż­liwa. Domi­n­u­jącą poli­tyką Zachodu jest obecnie, jak to ujął Viktor Orbán w związku ze sprawą Petry­’ego: poli­tyka represji.

Właśnie tutaj, pomimo wszyst­kich pozor­nych różnic, istnieje więcej podo­bieństw niż różnic pomiędzy dzisie­jszą zeuro­pei­zowaną formą i funk­c­jo­no­wa­niem bolsze­wi­ckiego ateizmu i mate­ria­lizmu a jego wcześ­nie­jszą, sowiecką wersją.

W istocie ci, którzy tego nie dostrz­egają lub nie chcą dostrzec, przeo­c­zają jedną z najwięks­zych lekcji XX wieku. Półno­c­noir­landzki teolog Alister McGrath być może najdo­bit­niej wyraził, że społec­zeństwo, które odrzuca ideę Boga i zastę­puje ją czymś innym, kończy się straszliwą dykta­turą, ponieważ w społec­zeństwie pozba­wionym moral­ności i wartości najciem­nie­jsze ludzkie instynkty mogą się ujawnić bez kontroli.

Ponowne wpro­wadzenie idei Boga jako zasady orga­ni­zu­jącej społec­zeństwo zostałoby naznac­zone przez samo­zwańc­zych postę­powców i libe­r­ałów jako zaprze­czenie postępu społecz­nego, anachro­nizm. Jednakże, poza niek­tó­rymi anar­chistami, którzy coraz częściej zaprze­c­zają potrzebie „zaczynu“, który utrzymy­wałby społec­zeństwo w całości, co widać w ostat­nich wydarze­niach społecz­nych, szcze­gólnie w Stanach Zjed­no­c­z­onych, nikt dzisiaj temu nie zaprzecza.

W społec­zeństwie wielo­kul­tur­owym, tak jak to sobie wyobraża obecna lewi­cowo-libe­ralna elita, z zadzi­wia­jącą różno­rod­nością indy­wi­du­al­nego samo­st­a­no­wi­enia poza religią i poch­odze­niem, rela­ty­wizm moralny jest wyraźnie domi­n­u­jący. Aby zilus­trować to na prostym przy­kładzie: W tym wyima­gi­no­wanym „nowym wspa­niałym świecie“ ateista mógłby zasadnie zapytać, dlac­zego nie może mieć więcej żon. Tak bardzo wych­wa­lana tole­rancja może ułatwić wspólne życie w takim społec­zeństwie, ale z pewnością nie ma mocy budo­wania wspól­noty. Dlatego wielu postrzega dobrobyt jako ideał, który może utrzymać w ryzach coraz bard­ziej podzie­lone społec­zeństwo. Jest to jednak zasad­niczy błąd, ostrzega István Baran­ko­vics, ponieważ dobrobyt nie jest ideałem, ale środ­kiem ułat­wia­jącym osią­g­nięcie wartości duchowych i moralnych.

Nawet gdybym się mylił i istniał ideał, który mógłby połączyć to bardzo poro­wate społec­zeństwo jak zaczyn, z pewnością byłaby to Europa bardzo różna od tej, którą znamy i z której jesteśmy słusznie dumni.

Dlatego też uważam, że fund­acje chrześci­jańskie są jedyną alter­na­tywą dla Europy. Funda­menty te histo­rycznie udowod­niły, że możliwe jest stwor­zenie pewnego konsen­susu etycz­nego mimo plura­lizmu świa­to­po­g­lądów. Amery­kański teolog Francis Schaffer napisał, że najbard­ziej realna jest koncepcja narodu rząd­zo­nego przez jakiś rodzaj moral­nego konsen­susu opar­tego na chrześci­jańs­kich funda­men­tach. Państwo nigdy nie może narzucać swoim obywa­telom chrześci­jańs­kich prze­konań, ale prawa muszą być chrześci­jańskie w swojej koncepcji i odzwier­ciedlać boskie wartości pokoju, życia, poszano­wania ludzkiej godności, miłości i miło­sier­dzia, jakie znamy z Biblii.

Do tego dodałbym, za Umberto Eco, niewier­zącym włoskim pisarzem i filozofem, że postać Chrys­tusa może być dla niewier­zą­cych wzorem w etyce świeckiej, ponieważ Chrystus, Syn Boży, Syn pows­zechnej miłości, Syn prze­baczenia nieprzy­ja­ci­ołom, Syn Boży, który poświęcił się dla odku­pienia innych, stanowi tajem­nicę, która uszla­chetnia nawet serca niewierzących.

Dlatego, jeśli zależy nam na przy­szłości Europy, nie ma innej drogi; musimy wrócić do funda­mentów, od których zaczy­nali Schuman, de Gasperi i Adenauer.

Pierwszym krokiem na tej drodze jest uznanie, że chrześci­jaństwo w Europie nie jest tylko religią, ale spos­obem bycia, który zasad­niczo wpływa na nasze myśli, nasze działania, nasze czyny i określa nasze insty­tucje społeczne. Wierzę, że ten aksjomat jest dobrze rozumiany przez najleps­zych myśli­cieli po lewej stronie i najleps­zych myśli­cieli po stronie libe­ralnej, ale nie są oni w stanie go zaak­cep­tować. Dlatego też robią wszystko, co w ich mocy, aby wyru­gować chrześci­jaństwo z nauk inte­lek­tu­al­nych, a nawet wywłaszczyć pojęcia i insty­tucje społeczne, które fakty­cznie zawd­zięczamy chrześcijaństwu.

Drugim krokiem jest więc konie­cznie próba, wolna od moral­nego abso­lu­tyzmu poli­ty­cznej popraw­ności, odzys­kania naszych włas­nych pojęć i oddania ich w służbę społec­zeństwu zgodnie z ich pier­wotnym znacze­niem. Prawd­ziwym tego przy­kładem jest pier­wotnie chrześci­jańska koncepcja postępu, która w pows­zechnej wyobraźni znacznej części świata jest już prze­ci­wieństwem postępu. Trudno lepiej wyrazić, co w rzec­zy­wis­tości oznacza różnica między nimi, niż słowami Istvána Baran­ko­vicsa, jednej z najwięks­zych postaci chrześci­jańs­kiej demo­kracji na Węgrzech: „Postęp w sensie postępu mate­ria­lis­ty­cz­nego oznacza rozs­zerzenie pano­wania czło­wieka nad przy­rodą i oddanie jej w służbę przy­jem­ności. Zgodnie z ideałem chrześci­jańskim postęp jest harmo­ni­jnym opano­wa­niem przez czło­wieka przy­rody i samego siebie, tak aby ideał ludzki mógł się w pełni urzeczywistnić.“

W tym sensie trzecim krokiem jest przed­sta­wi­enie społec­zeństwu, wspól­nocie euro­pe­js­kiej, wzni­osłego ideału, który oferuje wizję przy­szłości wartej wykor­zy­stania i poświęcenia.

Rozwią­za­niem nie może być ani indy­wi­dua­lis­ty­czna i hedo­nis­ty­czna koncepcja „żyć dniem dzisie­jszym“, która prowadzi do eksploat­acji planety, ani zaprze­c­za­jące jej ideo­logie kolek­ty­wis­ty­czne, ponieważ sam ich rela­ty­wizm moralny podważa stałe prawa moralne, które są podstawą współżycia obywa­tel­skiego. Chrześci­jańska demo­kracja może jednak promować zarówno indy­wi­du­alne osią­g­nięcia, jak i dobrobyt natu­ral­nych wspólnot, a zatem jest również w stanie rozwiązać sprze­cz­ności między ideałami indy­wi­dua­lis­ty­cz­nymi i kolektywistycznymi.

Ta wizja euro­pe­js­kiej chrześci­jańs­kiej demo­kracji w dzisie­jszym kapi­ta­lis­ty­cznym świecie nie może być oder­wana od dobro­bytu mate­ri­al­nego, ale musi być czymś więcej, ponieważ spój­ność gospod­arcza i poli­ty­czna Europy z pewnością nie byłaby możliwa bez rozwią­zania jej problemów moral­nych. Eksplozja gospod­arcza i tech­no­lo­giczna XX wieku pokazała, że ta skądinąd pozy­tywna zmiana nie idzie w parze z moralnym postępem ludzkości, dlatego w XXI wieku bard­ziej niż kiedy­kol­wiek potrze­bu­jemy solid­nych kotwic, które pozwolą nam odróżnić inno­wacje poży­teczne od niebezpiecznych.

A ency­klika Jana Pawła II Veri­tatis sple­ndor, która zawiera nauc­zanie Kościoła na temat moral­ności i odnowy życia poli­ty­cz­nego i społecz­nego, może być dla nas prze­wod­ni­kiem w rozwią­zy­waniu moral­nych problemów współ­pracy politycznej.

Ency­klika podkreśla, że praw­domów­ność między rząd­zonymi a rząd­zą­cymi, prze­jr­zy­stość admi­nis­tracji publi­cznej, bezs­t­ron­ność w służbie spraw publi­cz­nych, poszano­wanie praw prze­ciw­ników poli­ty­cz­nych oraz uczciwe i właściwe admi­ni­stro­wanie środ­kami publi­cz­nymi są zasa­dami zakor­ze­n­ionymi w trans­cend­entnej wartości osoby i w obiek­tywnych wymogach moral­nych funk­c­jo­no­wania państwa. W ujęciu chrześci­jańsko-demo­kra­ty­cznym każdy jest odpo­wied­zi­alny, choć nie w równym stopniu, za moral­ność publi­czną i rozwój demokracji.

Dziś jednak obywa­tele społec­zeństw euro­pe­js­kich inte­re­sują się głównie tylko prawami, a obowiązki, jakie ludzie mają wobec swoich bliź­nich i społec­zeństwa, są mniej lub bard­ziej odrzucane. Z drugiej strony chrześci­jańska demo­kracja postrzega wzajemne wypeł­nianie obowiązków jako warunek wstępny dla korzy­stania z praw, a tym samym dla funk­c­jo­no­wania demokracji.

Czwartym krokiem do osią­g­nięcia tego wszyst­kiego jest to, aby poli­tycy chrześci­jańsko-demo­kra­ty­czni żyli zgodnie z tymi cnotami, jak często słysze­liśmy wypo­wiedź László Vargi: „Nie wyst­arczy być uczciwym, trzeba też stwarzać pozory uczci­wości.“ A to nie jest łatwe zadanie. Adenauer powied­ział kiedyś: „Być chrześci­ja­ninem to coś bardzo wiel­kiego, coś bardzo trud­nego. Powin­niśmy pokornie zado­wolić się tym, że po prostu powiemy: „Staramy się być chrześci­ja­nami“. Staramy się żyć jak chrześci­janie, a po drodze chcemy powoli osiągać coraz wyższe stopnie doskonałości.“

My, późni następcy Ojców Założy­cieli, musimy nie tylko zachować i bronić ducho­wego i poli­ty­cz­nego dzied­zictwa prze­ka­za­nego nam przez tych wiel­kich euro­pe­js­kich mężów stanu, ale także rozwijać je i umac­niać w najszla­chet­nie­jszym znaczeniu tego słowa.

Jeżeli my, węgierscy chrześci­jańscy demo­kraci, weźmiemy sobie do serca odwie­czne słowa Istvána Baran­ko­vicsa, że „społec­zeństwo i kultura, które nie mają pojęcia o swoim celu, są jak czło­wiek, dla którego życie stra­ciło sens“, to sami możemy zrozu­mieć, do czego odnosił się Schuman, gdy konden­sował tę tezę w jednym zdaniu i ostrz­egał potom­nych: „Europa będzie chrześci­jańska albo jej nie będzie“.

Albo powstrzy­mamy próby zlik­wi­do­wania m.in. tożsa­mości płciowej, suwe­ren­ności narodowej i samo­iden­ty­fi­kacji, co stanowi rezyg­nację z naszych wartości, albo nic nie uchroni Europy, która znal­azła się w ogniu migracji, i nas przed drugą połową myśli Schumana.

Osobiste życie Ojców Założy­cieli, ich odważny opór podczas ówczes­nych dyktatur ateis­ty­cz­nych oraz duchowa odnowa, która nastą­piła pod ich prze­wod­nictwem po II wojnie świa­towej, zobo­wią­zują nas do walki ze wszyst­kich sił o to, by Europa miała nie tylko chrześci­jańską przes­złość, ale i chrześci­jańską przyszłość.

Autor jest wice­prze­wod­nic­zącym Zgromadzenia Narodo­wego i prze­wod­nic­zącym Krajo­wego Komi­tetu Wyko­naw­c­zego KDNP.

Źródło: Magyar Nemzet


Kommentieren Sie den Artikel

Please enter your comment!
Please enter your name here